Muzyka przez szkło

Obok pewnych fenomenów nie da się przejść bez zakochania, fascynacji czy chociażby chwili zastanowienia. Słynne słuchowisko Orwella, twórczość Gaudiego czy niesamowite brzmienie kompozycji Wagnera. Wszystko to od lat budzi w ludziach emocje. Jednak to wszystko są wycinki kultury. A co ze zjawiskami, na które spogląda się w sposób bardziej uniwersalny? Czy są w stanie tak samo oddziaływać? Czy takim zjawiskiem, bardzo różnorodnym i popularnym są koncerty?

W życiu byłem na wielu koncertach. I prywatnie, i jako fotograf. Prawdziwa miłość, jaka zrodziła się we mnie do muzyki na żywo, prowadziła przez szkło. Tak, przez szkło do serca, a nie, jak mogłoby się wydawać, przez ucho. Robiąc zdjęcia na widowiskach, o których nigdy bym nie pomyślał jako o atrakcyjnych, zakochałem się w niejednym gatunku. Nagle znikąd pojawił się jazz, fado, flamenco i wiele, wiele innych. Kto by pomyślał, że młody chłopak machający włosami na koncercie heavy metalowym odnajdzie magię trąbki Tomasza Stańko? Jak to możliwe? Koncert. To on jest wszystkiemu winien.



]

Zawsze mnie interesowało, co sprawia, że koncert tak mocno oddziałuje na słuchaczy. Co sprawia, że rzesze przychodzą słuchać muzyki w, przyznajmy to szczerze, nie do końca idealnych warunkach? Bo tłok, bo inni ludzi, bo szum, bo ktoś stuka w klawiaturę telefonu, bo pod sceną kręcą się ci cholerni ludzie z aparatami i pstrykają. Przecież duszna sala klubu lub wielka sala widowiskowa czy teatralna nie dadzą tego samego wrażenia, co własny pokój, doskonałe głośniki i płyta ulubionego wykonawcy. A może właśnie ta niedoskonałość i niewygoda stanowią element składowy tej magii? Obcowanie z muzykiem w niewygodzie zbliża. Zbliża do idola, usuwając niewygodną barierę technologii. I nagle człowiek czuje się tak samo spocony jak muzyk rockowy na scenie. I nagle czuje, jak ukochany dźwięk trąbki wydobywa się z instrumentu, gdy muzyk dotyka go wargami. Znikają bariery.



Nie da się nie zwrócić uwagi na fakt, że muzyka grana na żywo różni się od muzyki na nośniku. Brzmi inaczej, nie jest tak doskonała. Zresztą i sami muzycy często dodają od siebie wstawki muzyczne do granych kawałków. Nie bez znaczenia jest także kontakt artysty z widownią. Sam fakt złapania kostki rzuconej przez ukochanego gitarzystę wprawił niejedną osobę w ekstazę. Nie będę krył, spojrzenie rzucone ze sceny do fotografa też nie raz sprawiło mi wielką przyjemność!



Czas na trochę metafizyki, bardzo subiektywnego spojrzenia na kwestie koncertowe. Gdy słucham zespołu, który lubię, pojawia się pewna energia, siła, uśmiech sam rodzi się na twarzy. Ciężko wypowiadać się za innych, toteż ograniczę się do samego siebie. Niezależnie, czy robię zdjęcia pod sceną czy stoję wśród innych, rozpiera mnie, jako widza, energia, którą trudno opisać. Adrenalina, radość, przyjemność ze słuchania - wszystko to łączy się ze sobą, tworząc niepowtarzalny charakter widowiska.



Jak podsumować zatem koncerty? Czy są zjawiskiem, które budzą takie same emocje jak wspomniany Wagner, Orwell czy Gaudi? Bez wątpienia tak. A może i większe. Choć to zależy od wrażliwości odbiorcy. Jedno jest dla mnie jednak pewne. Nie wyobrażam sobie życia bez koncertów, czy to żywiołowych, czy spokojnych. I tym chcę się dzielić.
Trwa ładowanie komentarzy...